Martwe Zło (1981)
Nie widziałam tego filmu nigdy wcześniej, nie chowałam głowy za poduszką jako mała dziewczynka, więc nie będzie żadnej sentymentalnej taryfy ulgowej w ocenie. Spodziewałam się jednak czegoś naprawdę dobrego, bo czymś chyba film na miano kultowego zasłużyć sobie musiał. Czymś musiał zdobyć taką rzeszę fanów i na długie lata zapisać się w ich pamięci. Być może gdybym widziała Evil Dead jako dziecko miałabym do niego podobne uczucia co względem It. Przymknęłabym oczy na wszystkie niedostatki i skoncentrowała się na przywołaniu uczuć jakie budził we mnie niegdyś. Ale nie mogę, bo to dla mnie świeżynka.
Historia z pozoru wydaje się bardzo ciekawa. Piątka przyjaciół wynajmuje domek położony gdzieś w lesie na odludziu. Beztroska zabawa nie zdąży się jednak nawet na dobre rozkręcić, gdy w chatce zaczną się dziać dziwne rzeczy. Wkrótce jeden z bohaterów odnajduje w piwnicy starą księgę Necronomicon oprawioną w ludzką skórę i napisaną ludzką krwią, a wraz z nią magnetofon na którym nagrany głos archeologa przywołuje demona. Nieświadomi niczego młodzi ludzie wysłuchują inwokacji do końca tym samym budząc ukryte w lesie Zło. Wkrótce przekonają sie o Jego potędze.
Generalnie nie przepadam za tego typu horrorami, być może częściowo stąd też ta ocena. Naprawdę starałam się patrzeć na film tak obiektywnie jak tylko umiałam, ale nawet wtedy w oczy rzucają się duże niedociągnięcia. Nie mówię tu jedynie o stronie wizualnej, o efektach specjalnych, które jak na film niskobudżetowy (a takim bez wątpienia jest Martwe Zło) są całkiem całkiem. Ogólnie jednak leżą i kwiczą. Demony momentami przypominały mi tę gadająca kukłę z Piły, z kolei dźwięk jaki wydawały umierając brzmiał jak śpiew Alvina wiewiórki. Niech mi nikt nie mówi, że to było dobre jak na tamte lata bo to bzdura. Było dobre jak na film z małym budżecikiem i na tym się zatrzymajmy. Obok efektów leży i kwiczy aktorstwo, a także to co chyba mnie uwierało najmocniej – scenariusz. Momentami są nam serwowane takie głupoty, że nawet jak na horror to woła o pomstę do nieba. Ja wiem, że bohaterowie tego typu filmów grozy to przeważnie bezmózgie mięso armatnie. Dlatego mogę zrozumieć durne zachowanie jednej z bohaterek, która w środku nocy mimo, że wcześniej umierała ze strachu wychodzi sama w ciemny las, bo wydaje jej się, że coś słyszy. Ok, to przełknęłam, ale klucze leżące niejako ukryte na zewnątrz podczas gdy wszyscy siedzą w domku, czy przemiana w demony wszystkich z wyjątkiem Asha, który też nie jeden raz został ranny to już durnota nie do przeoczenia.
Nie nazwałabym też filmu czarną komedią. Owszem, jest kilka momentów, w których można się uśmiechnąć, ale tak naprawdę ani toto jakoś szczególnie zabawne, ani mocno straszne nie jest. Taki tam pastisz filmów grozy. Niektóre przerażające sceny są dodawane jakby na siłę. Nie mają żadnego wielkiego związku z fabułą. Wyglądają jakby Raimi pomyślał “o to będzie fajnie wyglądać, wciśnijmy to tutaj”. Stara się przelać jak najwięcej krwi, nieważne skąd, nieważne jak, byle tryskała. Nie przepadam za gore, więc mnie to jakoś nie urzekło.
Żeby jednak nie było, że w filmie widzę jedynie wady, znalazłam też kilka zalet. Ogólnie sam pomysł na scenariusz, gdyby nie te niedociągnięcia wydaje mi się bardzo ciekawy. Strasznie podobała mi się również praca kamery już od pierwszych scen. Filmowanie chatki z zewnątrz, oczami obserwatora pomaga wczuć się w niepokojący klimat, poczuć bliskość zagrożenia. Ujęcia z perspektywy napastnika są bardzo dobre i zrobiły na mnie spore wrażenie. Bieg kamery w końcówce – rewelacja. Samo zakończenie zresztą bardzo dobre, choć kilka wcześniejszych scen dłużyło mi się nieco momentami. Były jednak i takie chwile, gdy historia naprawdę mnie wciągała, dało się wyczuć napięcie i grozę. Siedziałam z mocno bijącym sercem, obawą, wyczekiwaniem i pewnością, że za chwilę coś się wydarzy i mimo, że o tym wiem dam się zaskoczyć i znów jak głupia podskoczę w fotelu. Groteskowy humor zgrabnie wpleciony w film pozwala się uśmiechnąć (ale żeby od razu komedia?!). Absolutna cisza na zmianę przeplatana z muzyką budują chwilami ciekawą atmosferę. Ciemność, wszechobecna mgła, próba zabawy grą świateł tworzą przyzwoity klimat mimo swojej tandetności. Bardzo podobały mi się również niektóre przejścia z ujęcia w ujęcie. To niestety chyba wszystkie pozytywy jakie zostały w mojej pamięci. Nie przeczę, że film Sama Raimiego mógł być czymś szokującym w latach kiedy powstał. Kręcono wówczas przede wszystkim slashery, które przeżywały niewątpliwie swój złoty okres i nagle widzowie dostali coś zupełnie innego. Totalną krwawą jatkę. Bez spójności w fabule, bez dobrego aktorstwa, bez dobrych efektów za to z hektolitrami posoki. Trudno jednak uwierzyć, że film długo zakazany był w wielu krajach, a w niektórych do tej pory jest ocenzurowany (wycięta została scena gwałtu przez drzewo).
Generalnie doceniam to jaki klimat próbowali zbudować twórcy. Potrafię przymknąć oczy na sztucznie nałożony księżyc pokazywany co pięć minut i mgłę wyglądającą jak dym z płonącej stodoły, ale nie będę piać z zachwytu. Strona wizualna leży, więc mogłaby pozostać choć dopracowana fabuła, a ta momentami leży jeszcze bardziej. Klasyk czy nie klasyk mnie nie zachwycił. Warto znać ale miejsca na półce mu nie zrobię. 6/10
Martwe Zło 2 (1987)
Żeby coś krytykować trzeba to najpierw dobrze poznać – więc poznaję całą serię.
A poważnie – rozumiem, że komuś może odpowiadać typ humoru jaki reprezentuje Evil Dead. Sama mam w domu taki okaz – fana, który uwielbia całą trylogię i z ekscytacją opowiada jak to Ash walczył z własną dłonią. I ok. Jeśli komuś podoba się latająca gałka oczna, która w końcu ląduje w ustach blondyny, zombie gryzący włosy jakiejś panny czy tandetny taniec nadgnitego trupa Lindy to niech mu idzie na zdrowie. Mnie humor w takiej formie odpowiada jakoś nieszczególnie.
Ale do rzeczy.
W 6 lat po części pierwszej Sam Raimi zdecydował się nakręcić drugą odsłonę swojej trylogii. Nie jest to jednak typowa kontynuacja, nie jest to tez remake, jak sądzą niektórzy. Jest to…. coś pomiędzy.
Historia rozpoczyna się tak jak ta w części pierwszej. Ash, tym razem tylko ze swoja dziewczyna Lindą, jedzie do chatki gdzieś w lesie na odludziu. Znów przejeżdża przez most (tym razem nieco solidniejszy). Kolejność jest ta sama co w jedynce. Dziewczyna podnieca się tandetną błyskotką, którą dostała. Ash znajduje księgę i magnetofon. Odsłuchuje inwokację. Budzą się demony. Linda zostaje opętana. Ash pozbawia ją głowy, zakopuje trupa, a potem sam zostaje opętany (w nieco dziwaczny sposób) ale na szczęście szybko mu przechodzi, ech.
Mamy więc streszczenie pierwszej odsłony w jakiś 10 minutach filmu. Trzeba przyznać, że w związku z tym akcja od razu rusza z kopyta. Dopiero po tym swoistym przypomnieniu pt „w poprzednim odcinku” dla bidulków, którzy nie mieli okazji oglądać, zaczynają się jakieś nowości fabularne. Niestety na tym polu dalej bardzo słabiutko. Ledwo się wszystko kupy trzyma a na dodatek jest odgrzewanym kotletem z kilkoma świeżymi przyprawami. Bo to wszystko w sumie taka powtórka z jedynki. Tylko bohaterowie inni, efekty mniej tandetne i dużo więcej, powiedzmy, czarnego humoru. W swojej drugiej odsłonie Raimi postawił przede wszystkim na kicz i groteskę. Genialnie wpisał się w to Bruce Campbell ze swoją teatralna grą i powalająca na kolana mimiką. Chłopaki się dobrze bawili kręcąc ten film – to widać. Widać też pasję i to mi się szalenie podoba. Jeśli w Evil Dead zalążki komedii były nie do końca zamierzone, to tu panowie poszli na całość. Krew tryska w niemalże wszystkich kolorach tęczy. No przynajmniej czarnym,czerwonym i zielonym. Kończyny latają po ekranie. Ash mocuje się z własną, opętaną dłonią (to muszę przyznać genialnie zagrane) i nie jest już taką pipą jak w jedynce. Teraz jest „pieprzony Rambo Schwarzenegger” Twardym gościem znaczy jest i opętać się nie da, a niesforną dłoń odetnie piłą łańcuchową z satysfakcją wymalowaną na twarzy. Trochę się przy tym krwią pochlapie, ale nic to. Krew w Evil Dead ma to do siebie, że szybko znika. Teraz gdy dłoń już nie wadzi, można ją zastąpić czymś bardziej przydatnym, na przykład niech będzie ta piła łańcuchowa. Totalna wariacja bez ładu i składu. Fabuła znów leży, nie dość, że wtórna, to pełna absurdów i nielogiczności. Tylko czy kogoś w Evil Dead obchodzi jeszcze fabuła? Chodzi przecież o tę krew przelaną, o te flaki wyprute i demony wyskakujące zza ściany.
To co mi się natomiast niezmiennie podoba, to umiejscowienie całej akcji w ponurej, starej chatce w środku jeszcze bardziej ponurego lasu. Oczywiście wciąż mamy noc i nie ma możliwości ucieczki, bo most mimo pozornej solidności runął, a ścieżkę UWAGA wchłonęły demony! Dalej podoba mi się też ta cudna praca kamery, gdy widzimy całą akcję z perspektywy Zła. Podoba mi się jak sunie po lesie, lub gdy gania Asha po domu, gdy ten ucieka taranując po drodze wszystkie drzwi. Ponoć Raimi kręcąc tę scenę pędził za Campbellem na rowerze. Mówiłam – świetną zabawę musieli mieć. A już na pewno oni lepiej bawili się kręcąc Martwe Zło, niż ja oglądając je. 5/10
Armia Ciemności (1992)
No i znalazłam odsłonę serii, która odpowiada mi najbardziej. Co ciekawe to właśnie Armii Ciemności fani całej trylogii zarzucają brak klimatu i kameralności tak charakterystycznych dla poprzednich części. Faktycznie rozmach jest dużo większy. Wychodzimy z małej, starej chatki, wychodzimy z ciemnego, ponurego lasu.Teraz będzie zamek, armia trupów i średniowieczny motłoch. Również efekty są o niebo lepsze (chociaż Ash z kukła przyczepiona do boku wygląda żałośnie), ale to akurat nic dziwnego, większy budżet, lepsza technologia. Zresztą i tak nie o efekty, czy cały rozmach mi tu chodzi. Podobało mi się bardziej to, że Raimi zdecydował się wreszcie w którą stronę pójść i posunął cały scenariusz tak daleko w stronę absurdu, że już nie ma żadnych wątpliwości o co chodziło. Ash efektownym kliknięciem podłącza kikut ręki do piły łańcuchowej, montuje sobie protezę ze zbroi, walczy z maleńkimi odpowiednikami samego siebie, a potem z samym sobą, podrywa kobiety, zabija demony, pije wrzątek, produkuje proch, szkoli armię, wędruje w czasie… Typowy pracownik supermarketu. Nawiasem mówiąc scena, kiedy wyjaśnia „prymitywnemu ludowi” kim jest on sam i czym jest jego… kij – bezcenna. Podobnie jak próby przypomnienia sobie hasła, które należy wypowiedzieć zanim zawinie się z cmentarzyska księgę – rewelacja. Ogólnie teksty Asha, jego walka z kościstymi łapami wystającymi z ziemi, czy z własnym klonem w tej odsłonie powaliły mnie na łopatki. Jakiś taki inny ten humor. Bardziej absurdalny od dwóch poprzednich odsłon. I chyba dlatego wreszcie mi sie podoba. Jak juz cos ma być totalna wariacją, to niech nawet nie udaje, że ma jakikolwiek sens.
Akcja tej odsłony rozpoczyna sie w momencie zakończenia drugiej… prawie. W Evil Dead II Ash z mety został uznany za bohatera po tym jak rozwalił z dwururki latające straszydło. W Armii Ciemności Raimi to zignorował i najpierw zrobił z Asha niewolnika, zakuł w dyby, żeby potem bidulek mógł się efektownie uwolnić. Nikt się już nie będzie przejmował taką drobna nielogicznością skoro w samej fabule ma ich, że hoho i jeszcze troszkę. Jakby ktoś nie oglądał poprzednich odsłon, to nic, Ash opowie w telegraficznym skrócie, zaznaczając nawet, że Zło ośmieliło się kiedyś „zdeprawować” jego dłoń. Dlatego teraz KLIK i ma piłę. Przeniósł się w czasie i jedynym sposobem na powrót jest oczywiście odnalezienie Necronomicon. Miejscowym to jak najbardziej na rękę, bo księga przydałaby im się do walki z panoszącym się Złem. Tak więc Ash dostaje dokładne instrukcje i dzielnie wyrusza, by po raz trzeci stawić czoła Złu.
Ogólnie cała ta metamorfoza naszego głównego bohatera z niedojdy na tylnym siedzeniu samochodu, rozmymłanej kluchy z tandetna błyskotką w umorusanego krwią i błotem, buchającego testosteronem i rządzą mordu wypisana na twarzy samca, jest brawurowa. Stał się cyniczny, złośliwy, a jednocześnie (o dzięki Ci Raimi) nie kreują go na nieustraszonego superbohatera. Dalej od czasu do czasu ucieka z piskiem. Poza kilkoma nowościami Raimi właściwie trzyma się schematu. Zło z ogromną prędkością sunie po lesie, Ash ucieka, kryje sie w domku (młynie), przez większość czasu panuje noc i tak dalej i tak dalej. Wprowadzi nam natomiast elementy fantasy, będzie więcej muzyki, więcej humoru, mniej demonów, więcej trupów, cała masa zabawnych powiedzonek i jeszcze bardziej karykaturalna i komiczna gra Campbella. Ogólnie coraz bardziej się do całej serii przekonuję, ale obejrzeć wszystkie części jedna po drugiej raczej bym nie dała rady. 7/10
I na koniec został jeszcze Within The Woods. Krótkometrażowy (zaledwie 32 minutki) film nakręcony przez Sama Raimiego w 1978 roku za jedyne 1600 $ w celu uzbierania funduszy na pełen metraż. Cały obraz powstał w błyskawicznym czasie zaledwie dwóch dni.
Do dziś Within The Woods nie doczekał sie oficjalnego wydania ze względu na wątpliwości co do praw autorskich do muzyki wykorzystanej w obrazie. Można go zobaczyć jedynie w bardzo BARDZO kiepskiej jakości. A w zasadzie to bardziej wysłuchać…
Fabuła jest bardzo podobna do tej w Evil Dead.
Bruce Campbell, który tu dla odmiany ma na imie Bruce, przyjeżdża z dziewczyną (Ellen Sandweiss
to ta pani, która w jedynce została zgwałcona przez drzewo) i dwójką przyjaciół do domku na odludziu. Bruce i Ellen oddalają się na łączkę, by tam przyjemnie spędzić czas na kocyku. Niestety nic z tego, bo chłopak nieopatrznie naruszy (jeśli dobrze zrozumiałam) indiański grób. Opętają go demony i powybija całą resztę.
Czyli wszystko na miejscu, jedynie zamiast księgi mamy grób.
Within The Woods zdecydowanie bardziej skłania sie też w stronę horroru niż komedii. Genialnie jak na amatorski, krótkometrażowy film w opłakanej jakości, buduje atmosferę. Choć nie sposób się nie uśmiechnąć, gdy Ellen próbuje zamknąć drzwi, a utrudnia jej to dźgnięty nożem kolega, leżący w przejściu.
Wiele motywów z Within… zostanie wykorzystanych w późniejszych dziełach Raimiego. Choćby filmowanie z perspektywy Zła sunącego po lesie za uciekającą Ellen, czy dziewczyna mocująca się z kluczami przy drzwiach. Szkoda, że jakość tak fatalna, że właściwie (zwłaszcza pod koniec) to bardziej słuchowisko.